Hat Trick Senderskiego podczas Festiwal Runmageddon Myślenice 2017

29.04-01.05 / Myślenice (POL)

 

 

🏆 I miejsce Najszybsza Drużyna Classic (14 min, 18 s nad drugą drużyną)
(Przemysław Senderski, Piotr Prusak, Mateusz Krawiecki, Wojciech Brzoskwinia, Artur Surus)
🏆 1 miejsce Przemysław Senderski zwycięża w kategorii elite man 💪
🏆 3 miejsce Piotr Prusak trzeci w kategorii elite man 💪
🏆 2 miejsce Aleksandra Kluczka druga w kategorii elite woman 💪

🏆 I miejsce Najszybsza Drużyna Hardcore (7 min, 34 s nad drugą drużyną)
(Przemysław Senderski, Michał Jagieło, Łukasz Marmol, Tomasz Krawczyk, Artur Kozłowski)
🏆 3 miejsce Przemysław Senderski w kategorii elite man 💪 (po karze czasowej od organizatora, drugi na mecie)

🏆 I miejsce Najszybsza Drużyna Rekrut (13 min, 11 s nad drugą drużyną)
(Przemysław Senderski, Łukasz Marmol, Tomasz Krawczyk, Wojciech Krauzy, Karol Przebirowski)
🏆 2 miejsce Przemysław Senderski w kategorii elite man 💪
🏆 3 miejsce Łukasz Marmol w kategorii elite man 💪
🏆 3 miejsce Sylwia Milewicz w kategorii elite woman 💪

🏆 I miejsce Najszybsza Drużyna Ultra (przewaga 4 godz, 34 min nad drugą drużyną)
(Wojciech Brzoskwinia, Krzysztof Chomicz, Arkadiusz Zawrotniak, Tomasz Steg, Jarosław Wierzchowiak)
🏆 1 miejsce Wojtek Brzoskwinia w kategorii elite man 💪

 

Górski Festiwal Runmageddon Myślenice 2017 należy do Husaria Race Team! Zdobywamy każdy dystans i udowadniamy, że pełnym składem jesteśmy niepokonani 💪  Potwierdzamy swoją formę i przygotowania do OCR European Championships, który odbędzie się pod koniec czerwca w Holandii. Nasz czołowy zawodnik elite Przemysław Senderski zalicza hat tricka, przez 3 dni nie schodząc z pudła Runmageddon! Kilka tygodni temu, podczas otwarcia Centrum Szkoleniowe Husaria Race Team Przemek zapowiedział pudło podczas majówki w Myślenicach… 😁

 

CLASSIC (+ 12 km, 70 przeszkód)

Długo oczekiwałem nadejścia tegorocznej majówki i wiążącego się z nią Górskiego Festiwalu Runmageddonu. Ostatnie kilka tygodni było podporządkowane temu wydarzeniu. Darek nakreślił plan i rozpoczęliśmy przygotowania. Sześć ciężkich tygodni, gdy wreszcie nadszedł moment startu czułem, że jestem gotowy. Jeszcze nigdy nie byłem tak pewny siebie. Pierwszego dnia przyszło nam zmierzyć się z dystansem classica. Wiedziałem, że to jest mój dzień, byliśmy na moim terenie, nic nie mogło pójść źle. Kilka tygodni przed startem podczas husarskiego challengu złożyłem obietnice Michałowi, że znajdę się w pierwszej trójce classica. 

Dodatkowo kilka dni przed startem innej osobie obiecałem, że zwyciężę. Nie mogłem się wycofać z danego słowa, musiałem zrobić wszystko by spełnić te obietnice. Zawody rozpoczynały się od pętli z workiem. Ustawiając się na linii startu grzęźliśmy w błotnistej mazi, która dodatkowo utrudniała poruszanie się. Ruszyliśmy, szybko przebiłem się do przodu na nawrotce byłem już liderem. Zrzut worka i rozpoczęła się zabawa. Najpierw przeskoki przez opony, następnie kilka metrów czołgania i bieg skrajem rzeki. Następnie kilka przeskoków po belkach, wspięcie po linie i rozpoczęła się wspinaczka pod górę. Wszystko szło zgodnie z planem. Przeciwnicy byli za moimi plecami. Czułem się mega pewny siebie, zwróciłem się do najbliższego z nich słowami: Chodź Tomek! Pobawimy się! Uśmiechnąłem się w jego kierunku i odwróciłem ku szczytowi i zacząłem robić swoje. Moja przewaga nad rywalami rosła, utrzymał się tylko Tomek, ale i od niego udało mi się odskoczyć na kilkadziesiąt metrów. Wybiegłem z lasu. Przyszedł czas na pętle z worek piasku dół zbocza. Gdy kończyłem dobiegał dopiero trzeci zawodnik. Jeszcze kawałek do góry. Przeskok przez ściankę i szczyt został zdobyty. Na nim kolejna ścianka, tym razem z opon i mocny zbieg na sam dół przerywany dwoma seriami czołgania. Na dole kolejna przeszkoda. Kłoda w dłonie i w drogę tym razem do góry. Uważnie na zbiegu i dalej. Kolejna ścianka. Przyszła dłuższa chwila biegu co jakiś czas przerywana wchodzeniem do strumyka. Na ostatnim brodzeniu zaraz po wyjściu z rury pod drogą dogonił mnie Tomek. Zaczęliśmy zmierzać ramię w ramię. Przyszedł czas na wykorzystanie jedynego żelu energetycznego tego dnia. Gdy skończyłem na horyzoncie pojawili się kolejni rywale: Piotrek i Mateusz. Tomek dał sygnał, że trzeba przyspieszyć, bo nas dogonią. I odpaliłem, włączyłem wyższy bieg i po paru chwilach byłem już kilka metrów przed Tomkiem. Właśnie w tym miejscu postanowiłem, że zaryzykuje. Miałem w głowie to, że czeka mnie jeszcze pokonanie 3 metrowej ścianki, a sam nie podołam temu zadaniu, ale spróbowałem. Przeciwnicy coraz bardziej zostawali w tyle, a ja rozpocząłem swoją samotną wędrówkę do celu. Samotnie pokonywałem kolejne przeszkody i przedzierałem się przez krzaki aż dotarłem do tej nieszczęsnej 3m ściany. Nie było czasu na zastanowienie. Nikogo nie było za mną. Prosta decyzja, burpees. Gdy kończyłem trójka rywali zbliżała się do tej przeszkody. Ruszyłem dalej. Wisielca pokonałem na samych rękach, w końcu siła jest na przyzwoitym poziomie. Dotarłem do wędkarza, nie miałem z nim wcześniej kontaktu, ale udało się wyjść z rowu, Przy indianie trochę mi zeszło, zaplątałem się w linkę i straciłem kilka cennych sekund. Delikatnie przeraziło mnie pokonanie rowu wypełnionego wodą pod kratą. Dobiegłem do przeszkody sprawdzającej celność, był nią rzut telefonem do ustawionych opon. Dwie próby, pierwsza za słaba, przy drugiej zahaczyłem telefonem o taśmę odgradzającą trasę i również nie osiągnąłem celu. Burpees. Nie zwiastowało to nic dobrego. Gdy miałem 5 dobiegł Mati – trafił, przy 12 kolejni dwaj –  również trafili. Myślałem, że już po zawodach. Zwycięstwo uciekło, skończyłem burpees i ruszyłem dalej. Miałem sporo sił do biegu. Niespodziewanie szybko dogoniłem dwójkę uciekinierów. Wyglądali dużo gorzej ode mnie. Wyprzedziłem ich i dotarłem do pole dance.

Mateusz robił już burpeesy. Tu stali też moi znajomi z trenerem na czele. Gorąco zaczęli mnie dopingować. Również i z tą przeszkodą nie miałem nigdy wcześniej styczności, ale wiedziałem jak najlepiej ją pokonać. Udało się wdrapałem się na szczyt, gdy zjechałem po rurze na dół byłem już liderem. Następnie skośna z linami. Po tym musieliśmy się wykazać umiejętnościami cyrkowymi – spacer na szczudłach.

Potrenowałem go kilka razy rano przed biegiem, wiedziałem jak mam to zrobić, ale nie wiedziałem czy mi się uda. Pierwsza próba zakończyła się upadkiem, jednak druga była już bezbłędna. Przeciwnicy zostali w tyle. Kolejnymi przeszkodami były równoważnia i skośna ścianka. Obie nie sprawiły trudności. Przyszedł czas na ostatni podbiegł zakończony przebijaniem się przez sieć linek. Zbieg, zjeżdżalnia i byłem na dole. Meta już tak blisko. Jeszcze jeden podbieg i zbieg. Przy końcu zbiegu minąłem się z Tomkiem, który dopiero rozpoczynał swój podbieg. Zaczął bić mi brawo. W tym momencie zrozumiałem, że już nikt nie zabierze mi zwycięstwa. Jeszcze tylko porodówka. Przy niej stał Darek i krzyczał: jeszcze 200 metrów teraz już nie możesz zwolnić. Został tylko komandos, dwa razy rurka, skośna odwrotna, domek i rugbyści – byli dla mnie łaskawi tego dnia. Na metę wbiegłem po 1 godzinie i 46 minutach. Uniesiona ręka z wyciągniętym palcem wskazującym pokazała kto był tego dnia najlepszy. Cel został osiągnięty. Zwyciężyłem.

REKRUT (+ 6 km,  25 przeszkód)

Drugiego dnia mogłem już wystartować na spokojnie. Jednak wieczorem sprawdziłem mapę trasy nadchodzącego rekruta. Zauważyłem, że nie ma na niej żadnych poważnych przeszkód. Postanowiłem zagrać o pełną pulę. Nic się nie zmieniło od startu poza jednym – tym razem to Tomek prowadził. Dostrzegłem, że bardzo zależy mu na zwycięstwie. Biegł mocno, zdecydowanie. Tym razem to on był z przodu. Liczyliśmy się tylko my dwaj. Reszta stawki zginęła w lesie. Przemieszczaliśmy się najszybciej jak to tylko możliwe. Próbowałem kilkukrotnie zaatakować i zbliżyć się do Tomasza niwelując stratę. Te próby były jednak daremne Tomek mądrze rozgrywał te zawody i natychmiast kontrował moje ataki. Dystans dzielący nas nie zmieniał się. Na zbiegu Tomek zaryzykował i ruszył bardzo mocno w dół stoku, ja nie miałem aż tyle odwagi na tej śliskiej błotnistej ścieżce. I dystans dzielący nas powiększył się. Czułem, że już go nie dogonię. Nie porzucałem jednak nadziei. Liczyłem na to, że zauważę go podczas biegu strumieniem. Wtedy i ja podjąłbym ryzyko. Tak się niestety nie stało. Spotkaliśmy się dopiero pod zjeżdżalnia, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dzień wcześniej tylko role się odwróciły. Tym razem ja byłem drugi, wyciągnąłem ręke, przybiliśmy „piątkę”.

Tym razem rugbyści nie byli już tacy mili. Chwile się ze mną zabawili nim przekroczyłem linie mety. Zawody skończyłem na drugim miejscu tracąc około 40 sekund do Tomka.

Hardcore (+ 21 km, 70 przeszkód)

Ostatniego dnia mierzyliśmy się z dystansem hardcore’a. Obudziłem się i czułem, że mam jeszcze sporo sił do walki. Wiedziałem, że o podium nie będzie łatwo bowiem na starcie stawili się tacy zawodnicy jak Michał Jagieło – król tegoż dystansu czy też sam Peter Ziska, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Sądziłem, że to oni rozstrzygną między sobą kwestie zwycięstwa. Jednak kilka metrów po starcie było już wiadomo, że zarówno ja, jak i Tomek mamy ochotę na podium. Prowadziliśmy. Pod górę dołączył do nas Peter, a chwile później wyprzedził. Podążaliśmy za nim, drepcząc mu po piętach. Nie łatwo było mu pokonywać kolejne metry czując stale nasz oddech na plecach. Powiedzieliśmy sobie z Tomkiem, że musimy iść mocno wtedy reszta stawki nie wytrzyma tego psychicznie i zostanie w tyle. Jak powiedzieliśmy, tak też się stało. Zostało nas tylko trzech, a chwile później byłem już tylko ja, bo Tomek i Peter odskoczyli mi, gdy łapałem oddech po stromym podejściu. Następnie zaczęli się oddalać. Zbieg i kolejne podejście na szczyt pokonywałem już sam. Podczas kolejnego zbiegu zacząłem mijać osoby pokonujące dystans ultra. Co jakiś czas słyszałem od nich komunikaty o stracie dzielącej mnie do liderów, ale nie przejmowałem się nią. Robiłem swoje, byłem na trzeciej pozycji i potrafiłem wciąż trzymać dobre tempo. Kilometry mijały. Podczas jednego zbiegu minąłem dwóch gentelmanów pokonujących trasę ultra. Mijając ich usłyszałem jak jeden zwraca się do drugiego: „Widziałeś to był Senderski. Dzisiaj nie da rady.” Podziałało to na mnie jak płachta na byka i tylko zwiększyłem jeszcze bardziej tempo. Znów musiałem zrobić karne burpees podczas rzutu telefonem. Przy jednym z powtórzeń poczułem niewielki skurcz w lewym udzie. To był jedyny skurcz podczas tego weekendu. Ruszyłem dalej, lekko zmęczony. Wracając na trasę na duchu podniósł mnie jeden z zawodników mówiąc: Dawaj! Już niedaleko! Gdy wbiegłem na polane przy pole dance w głowie miałem tylko jedno pytanie: Ile mam przewagi nad kolejnym rywalem. Od prezesa usłyszałem bym biegł, bo drugi jest niedaleko. Po mistrzowsku przemaszerowałem dystans na szczudłach. Zeskakując z równoważni zauważyłem drugiego. Nie wierzyłem własnym oczom. To był Ziska. Pomogliśmy sobie na skośnej, razem wykonali karne burpees przy paintballu. Ruszając pod górkę wiedziałem, że na mecie będę przed nim. Był wrakiem, totalnie zniszczony trudami trasy. Próbował podjąć ostatnią próbę ucieczki, ale nie udało mu się. Z pajęczynki wyszedłem zaraz za nim, a na zbiegu go wyprzedziłem. Niestety wybrałem zły tor na zjeżdżalni i utknąłem za wlokącym się ultrasem. Tu znów wyprzedził mnie Peter. Kilka razy zmieniliśmy się na podbiegu. Na zbiegu postanowiłem zaryzykować widząc, że lewa strona porodówki jest wolna. Dotarłem tam pierwszy. Podobnie było na krótkim czołganiu. Bez problemu pokonałem komandosa, niestety spadłem z multiringu i udałem się na karne burpees. Słyszałem motywujące krzyki członków mojego zespołu jednak nie miałem już sił na szybkie wykonanie karnych burpees. Przyspieszyłem dopiero widząc spadającego Ziske z jednego z krążków. Wszystko było już jasne – będę drugi.

 

Dobiegając do skośnej usłyszałem wolontariusza mówiącego byśmy sobie pomogli. Podsadziłem więc jednego z zawodników będących przede mną, a kolejny pomógł mi. Na mecie byłem szczęśliwy, dobiegłem drugi wyprzedzając samego Ziske. Jednak moja radość została przerwana. Gdy byłem na masażu otrzymałem wiadomość o mojej dyskwalifikacji. Powodem owej dyskwalifikacji miała być pomoc zawodnika z ultra mojej osobie na skośnej. Bardzo mnie to poruszyło. Od razu wraz z zarządem drużyny złożyłem protest, którego konsekwencją były długie obrady z organizatorem biegu, zakończone naliczeniem mi kilku karnych minut, jako burpess. Tym sposobem ze swoim czasem spadłem na trzecie miejsce, ustępując Ziśce drugiego miejsca na podium.

ULTRA (+ 44 km, 150 przeszkód)

Najcięższy dystans biegu Runmageddon, który można doświadczyć tylko podczas majówki w Myślenicach zdominował Wojtek Brzoskwinia, który po pierwszym okrążeniu (około 25 km) miał czas chwilę ponad 3 godziny!


Zobaczcie, co napisał:
„Wbieg na drugie kółko hardcore,bieg jeszcze na luzie, później nie zatrzymując się równy marsz pod górkę
Można powiedzieć ze trafiłem w punkt z formą w odpowiednią proporcje między regeneracją a treningiem, przy czym startowałem jeszcze w środe w lidze rowerowej akademickiej i w sobotnim classicu  Można powiedzieć ze nogi same biegły na pierwszym kółku i nie bolały mnie w ogóle i wynik na półmetku 3 H z hakiem kilku minut,
Druga petla wiedziałem że będzie decydującą i nie mogę mieć chwili słabości, to już w większym wymiarze zastosowałem marsz żeby móc przycisnąć na zbiegach i płaskiej końcówce z przeszkodami oraz oczywiście uniknąć karnych burpees  Plan wykonany w 100 % i nawet z paintballa w tarcze trafiłem u taka porada dla wszystkich, że czasem jest warto spytać wolontariusza jak się strzela z czegoś na pierwszej pętli były tam burpees  po za tym resztą przeszkód nie sprawiła problemów na ostatniej przeszkodzie tylko stoczyłem bój o wskoczenie na ścianę z łańcuchami i udało się za 6-7 razem i rozwaleniu sobie palca pewnie bym złamał 7 h jakbym zaczął robić burpees ale satysfakcja z pokonania przeszkody ważniejsza, tym bardziej w asyście najlepszego dopingu na trasie w wykonaniu Husaria Race Team, po prostu musiałem to zrobić
Bardzo dużo było czynników które złożyły się na ten wynik, regeneracja, odpowiednie żywienie, reżim treningowy a także taktyka na bieg, tzn swoje tempo, które akurat w poniedziałek nie było osiągalne dla nikogo w biegu oraz odpowiednie żywienie na całej trasie które spowodowało ze uniknąłem na trasie słabszych momentów. Podczas całej trasy korzystałem z cukierków dextro energy i od trzeciej godziny jeden żel energetyczny co godzinę. Co ciekawe miałem jedzenia wyliczone na 7 godzin i albo ze mnie wariat albo odpowiedni strateg ale to już niech każdy sam sobie odpowie…
Poprzez odpowiednie nawodnienie w dni poprzedzające nie brałem plecaka na trasę, lecz znając swój organizm i biorąc pod uwagę rozstawienie punktów odżywczych i pogodę stwierdziłem ze jest on zbyteczny i nie potrzebuje balastu dodatkowego na trasie  Pragnę wszystkim podziękować na trasie za doping który mnie niósł i pchał do przodu !!! Nie sposób wymienić wszystkich bo było ich mnóstwo


Patrząc na bieg od kuchni, mówiąc tak metaforycznie , miło było poznać i biec przynajmniej przez chwilę  z zawodnikami hardcore, niektórzy lekko zdziwieni, z innymi podczas marszu nawet trochę spędziłem czasu ale nie będąc dłużny tez ich dopingowałem w trudniejszych chwilach  „

 

I to by było na tyle. Zdobywamy Myślenice, jesteśmy gotowi na więcej!

Miejsce biegu

Myślenice / Festiwal Runmageddon

Podziel się...
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone