Babia Góra

 

W nocy z soboty na niedzielę udaliśmy się drużynowo w góry. Naszym celem było zdobycie Babiej Góry i podziwianie niesamowitego wschodu słońca.

Podzieliliśmy się na dwie ekipy – jedna z nich zdecydowała się wejść szlakiem do schroniska późnym wieczorem, druga zaś wyruszała o 3:00 w nocy wprost na sam szczyt.

 

 

Nigdy nie można przewidzieć, co spotka nas nocą w górach. Spotkały nas sytuacje, które rzeźbiły nasze mięśnie brzucha ze śmiechu, a także chwile grozy i zwątpienia.

Dla 4 osobowej ekipy wchodzącej szybciej brakło dogodnego miejsca w schronisku. „Nie jesteśmy księżniczkami, nie potrzeba nam komnat i łóżek, jednak spanie pomiędzy setkami zdjętych właśnie butów na ziemi jest przesadą”.

Postanowili przenocować na biesiadnych stołach zamykając się w śpiworach. Były to 3 godziny snu przerywanego przez wiatr, oraz dwukrotnie przez LISA, który obudził grupę kiedy odciągał od Tomka plecak pełen kanapek. Wystraszony postanowił się zemścić i zafundował grupie kilkunastominutowe opóźnienie, ponieważ porwał Kasi buta, którego szukali przy świetle księżyca i latarek napędzanych na energię ręczną…

Druga grupa była o wiele liczniejsza. Było w niej ponad 15 osob oraz dzieci. Dla wielu z nich była to pierwsza tak poważna eskapada, kilka osób walczyło z zimnem, brakiem tchu i nawet zrezygnowaniem.

 

 

Wypad niesamowicie udany, noc gwieździsta, czyste niebo, nic nie zapowiadało tego, co będzie działo się na 200 metrów przed szczytem. Rytmiczny spacer przerodził się w walkę o utrzymanie się na powierzchni ziemi. Wiatr porywał z rąk wszelkie drobne przedmioty, nadmuchiwał kaptury i próbował zmieść nas z powierzchni ziemi.

 

„Darię zwiało parę razy, musieli ją ludzie łapać ! Na początku było mi tak źle, że rozważałam powrót do auta, mobilizacja Waldka w stylu „zostaniesz sama w lesie” bardzo szybko na mnie podziałała. A później zejście z góry :O hipergigantyczny wiatr (ktoś sprawdził z jaką prędkością wtedy wiało?) , ześlizgiwanie się ze skał na tyłku 🙂 Piękna sprawa”

„Najlepszy etap wycieczki to pierwsze 100 m zejścia: stromo, mgła, wiatr, który nas przewracał i kamienie wielkości głowy, uciekające spod nóg. Rewelacyjne wspomnienia”

„Niesamowita współpraca grupowa, gdzie mocniejszy pomagał słabszemu, ludzie oddawali sobie ubrania, kanapki. Każdy patrzył czy wszyscy są w komplecie. Lepiej niż w niejednej rodzinie”.

Ostatecznie kilkanaście minut przed planowanym wschodem na niebie zrobiło się totalne „mleko”. Nikt jednak nie był z tego powodu zawiedziony. Dlaczego?

Bo chodziło o ten czas. O podanie ręki, rękawiczki, ciepłej herbaty. O troskę, uśmiech i niesamowite wsparcie. O spełnienie marzenia jednego z nas. Tutaj nie liczy się czas biegu, prestiż, a mimo to jesteśmy drużyną. Drużyną, którą połączyła pasja. Nie musimy biegać by czuć swoje wsparcie i podać pomocną dłoń. O to w tym chodzi. Dziękujemy Waldek Wąsek za zorganizowanie wyprawy.
I do takiej drużyny każdy może należeć 🙂

A już 16 września wspólny wypad na Rysy 

 

 

Podziel się...
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone